Każdej zimy zastanawiałam się, jak to możliwe, że ciocia Zita spokojnie siedzi przy oknie, podczas gdy ja mam na sobie dwa swetry i wciąż drżę z zimna. Choć termometr w jej mieszkaniu rzadko pokazywał więcej niż 19 stopni, ona nigdy nie narzekała na chłód. Myślałam, że to kwestia wieku, ale prawda okazała się znacznie bardziej zaskakująca i... smaczna.

Kilka lat temu zapytałam ją wprost o jej sposób na mróz. Odpowiedź była tak prosta, że początkowo jej nie uwierzyłam. Okazało się, że cały sekret tkwi w tym, co ciocia zjadała każdego wieczoru przed snem. To nie magia, lecz czysta biologia zamknięta w małej miseczce.

Dlaczego jedni marzną, a inni nie?

Nasza temperatura wewnętrzna zależy od trzech filarów: metabolizmu, krążenia i układu hormonalnego. Gdy te procesy działają na pełnych obrotach, ciało samo generuje ciepło, niezależnie od temperatury w pokoju. Większość z nas nieświadomie hamuje te procesy, wybierając zimą produkty, które zamiast grzać, wychładzają organizm od środka.

Ciocia Zita intuicyjnie stosowała metodę, którą dziś potwierdzają badania naukowe: termogenezę wywołaną dietą. Istnieją konkretne produkty, które zmuszają organizm do produkcji energii cieplnej podczas trawienia.

Mała garść orzechów zamiast termoforu

Prawdziwym fundamentem zimowej odporności cioci były trzy rodzaje orzechów: migdały, pistacje i orzechy włoskie. Każdego wieczoru zjadała małą garść, nie więcej niż 30 gramów.

  • Migdały: dostarczają magnezu, który pomaga rozluźnić naczynia krwionośne.
  • Orzechy włoskie: zawierają zdrowe tłuszcze stymulujące metabolizm.
  • Pistacje: to idealna dawka białka, którego trawienie wymaga od organizmu dużego nakładu energii (i ciepła).

W przeciwieństwie do cukru, który daje chwilowy skok energii, a potem gwałtowny zjazd i uczucie zimna, orzechy zapewniają stałe, powolne uwalnianie ciepła przez kilka godzin.

Wieczorna przekąska zamiast swetra: sekret cioci na mroźne wieczory - image 1

Duet idealny: banan i szczypta imbiru

Ale to nie wszystko. Ciocia miała jeszcze jeden as w rękawie: banana z odrobiną świeżo startego imbiru. Ten prosty deser działa jak wewnętrzny grzejnik dzięki dwóm mechanizmom:

Banan jest bogaty w witaminę B6 i magnez, które wspierają pracę tarczycy i nadnerczy. To właśnie te gruczoły decydują o tym, jak szybko spalamy kalorie i jak ciepło nam jest w dłonie.

Imbir z kolei posiada właściwości rozszerzające naczynia krwionośne. Poprawia krążenie obwodowe, dzięki czemu krew dociera do stóp i dłoni – miejsc, które zimą marzną nam najszybciej. Co ciekawe, wystarczy zaledwie kilka gramów; zbyt duża ilość może zadziałać pobudzająco i utrudnić zasypianie.

Twój plan na ciepły wieczór (i poranek)

Jeśli chcesz sprawdzić metodę cioci Zity na własnej skórze, oto konkretne kroki:

  • Wieczorem: Przygotuj 30g mieszanki orzechów z plastrami banana i szczyptą imbiru. Możesz dodać odrobinę cynamonu, który wzmocni efekt.
  • Rano: Zjedz ciepłą owsiankę na mleku. Błonnik zawarty w ziarnach będzie "palił się" w Twoim organizmie aż do obiadu, generując energię.
  • W ciągu dnia: Zamień herbatę z cytryną na napar z imbiru z paroma migdałami w roli przekąski.

Wewnętrzne ciepło kontra grube ubrania

Sweter jedynie izoluje ciepło, które Twoje ciało już wyprodukowało. Jeśli Twój "wewnętrzny piec" ledwo się tli, nawet najlepsza wełna nie pomoże na dłuższą metę. Rozgrzewające produkty działają od wewnątrz – podnoszą tempo metabolizmu i sprawiają, że czujesz się komfortowo nawet przy przykręconym kaloryferze.

Ciocia Zita zrozumiała to bez czytania mądrych książek. Po prostu obserwowała swoje ciało. A u Was jak jest z "zimnolubnością"? Też ratujecie się grubymi skarpetami, czy macie swoje kulinarne patenty na rozgrzanie?