Kiedy moja babcia skończyła osiemdziesiąt siedem lat, zapytałam ją o jej receptę na taką formę. Zaśmiała się i wskazała na kuchnię: „To kapusta, dziecko. Jem ją całe życie”. Na początku pomyślałam, że to po prostu świetne geny, ale gdy zaczęłam zgłębiać temat, odkryłam coś nieoczekiwanego. Okazuje się, że to skromne warzywo, które wielu z nas uważa za nudne, uderza jednocześnie w dwa największe problemy zdrowotne Polaków: cholesterol i wysokie ciśnienie.
Jedno warzywo, dwa uderzenia w chorobę
Kapusta w Polsce kosztuje grosze i rośnie niemal w każdym ogrodzie. Jednak w jej liściach kryją się cztery komponenty, które działają na układ krwionośny niczym precyzyjny mechanizm naprawczy. Wielu z nas szuka ratunku w drogich suplementach, zapominając o tym, co mamy pod ręką.
- Błonnik rozpuszczalny: Działa jak magnes na cholesterol w jelitach, pomagając usunąć go z organizmu, zanim trafi do krwi.
- Fitosterole: Te roślinne związki „rywalizują” o miejsce z cholesterolem podczas wchłaniania. Organizm wybiera fitosterole, zostawiając zły cholesterol na zewnątrz.
- Potas: Pomaga nerkom pozbyć się nadmiaru sodu i rozluźnia ściany naczyń krwionośnych. Efekt? Niższe ciśnienie bez drastycznych wyrzeczeń.
- Antocyjany: Obecne zwłaszcza w czerwonej kapuście, poprawiają elastyczność tętnic.
Moja babcia nie znała tych trudnych nazw. Po prostu jadła to, co sama wyhodowała. Ale nowoczesna nauka w pełni potwierdza – miała rację.
Surowa, gotowana czy kiszona – która działa najlepiej?
Zastanawiałam się, jak najlepiej wprowadzić kapustę do diety, by uzyskać optymalne efekty. Okazuje się, że każda forma ma swoją unikalną zaletę, a kluczem jest różnorodność, którą roboczo nazwałam „strategią rotacji”.
Surowa kapusta zachowuje najwięcej witaminy C i potasu. Jest idealna w formie surówek, jeśli zależy nam na maksymalnej dawce przeciwutleniaczy. Kiszona kapusta to z kolei polski superfood. Zawiera bakterie kwasu mlekowego, które dbają o nasze jelita. A zdrowe jelita to lepsza regulacja poziomu tłuszczów we krwi.
Gotowana kapusta jest delikatniejsza dla żołądka. Choć traci część witamin, błonnik i potas pozostają nienaruszone. Osobiście stosuję wymienny system: w poniedziałek surówka, w środę kiszonka do obiadu, a w piątek zupa jarzynowa.

Jak często nakładać ją na talerz?
Wystarczy wprowadzić kapustę do menu 3–5 razy w tygodniu. Porcja wcale nie musi być duża – to mniej więcej 100-150 g kiszonki lub miseczka zupy. To dawka, którą organizm jest w stanie efektywnie wykorzystać.
Kilka szybkich przepisów, które polubi każde serce
Nie jestem szefem kuchni, ale te proste patenty zrewolucjonizowały moją kolację. Być może zainspirują też Ciebie:
- Surówka z jabłkiem: Drobno posiekana biała kapusta, starte jabłko, sok z cytryny i odrobina polskiego oleju rzepakowego.
- Pieczone ćwiartki: Pokrój kapustę w grube plastry, skrop oliwą z czosnkiem i zapiecz w piekarniku. Muszą pozostać lekko chrupiące.
- Sałatka „świąteczna” na co dzień: Czerwona kapusta z orzechami włoskimi i odrobiną octu balsamicznego.
Na co warto uważać?
Byłabym nieuczciwa, gdybym nie wspomniała o pewnym niuansie. Przy problemach z tarczycą (np. niedoczynność) lepiej wybierać kapustę poddaną obróbce termicznej, która dezaktywuje związki mogące utrudniać pracę tego organu. Także osoby przyjmujące leki rozrzedzające krew (jak warfaryna) powinny spożywać kapustę w stałych ilościach, ze względu na wysoką zawartość witaminy K.
Bądźmy realistami – sama kapusta nie zastąpi leków przepisanych przez lekarza przy zaawansowanej chorobie. Ale jako codzienna inwestycja w zdrowie? To najtańsza i najskuteczniejsza polisa, jaką możemy sobie podarować.
Kiedy dziś kroję kapustę, myślę o mojej babci. Ona nie czytała badań, po prostu wiedziała, co jest dobre. A jak to wygląda u Was? Czy w Waszych domach kapusta to tylko dodatek do schabowego, czy doceniacie ją jako „lek” z ogrodu?