Kupując samochód elektryczny, wielu z nas liczyło na niemal darmową jazdę "wokół komina". Rzeczywistość brutalnie zweryfikowała te plany, a najnowsze dane pokazują, że Polska znalazła się w niechlubnej czołówce krajów o najwyższych wzrostach cen energii.

Zauważyłem, że coraz więcej kierowców przy ładowarkach zamiast uśmiechu ma na twarzy kalkulator. Nic dziwnego – według raportu "Drive Electric", koszty eksploatacji elektryków w naszym regionie skoczyły w sposób, którego nikt nie przewidział jeszcze dwa lata temu. Jeśli planujesz przesiadkę na prąd, musisz poznać te liczby, zanim podłączysz kabel.

Sąsiedzi mają jeszcze gorzej, ale to marne pocieszenie

Analizując statystyki z ostatnich lat, widać wyraźny trend: tania jazda na prądzie staje się luksusem. W Polsce średni koszt ładowania wzrósł z 4,32 euro do aż 9,76 euro. To ponad dwukrotna przebitka, która sprawia, że rachunek ekonomiczny zaczyna wyglądać inaczej niż w salonie sprzedaży.

Warto jednak spojrzeć na mapę regionu, by zobaczyć szerszy kontekst:

Dlaczego średni koszt ładowania auta elektrycznego w Polsce wzrósł z 4 do 9 euro - image 1

  • Estonia: Absolutny rekordzista, gdzie cena skoczyła z 7,72 euro do ponad 19 euro.
  • Litwa: Nasi sąsiedzi płacą teraz blisko 18,57 euro za sesję ładowania.
  • Belgia: To obecnie najdroższy kraj w Europie – jedno ładowanie kosztuje tam średnio ponad 24 euro.

Pułapka darmowych ładowarek

W mojej praktyce często widzę, że nowi właściciele aut EV wpadają w tę samą pułapkę. Szukają "darmowych" punktów pod marketami (które znikają w tempie ekspresowym) lub korzystają wyłącznie z szybkich ładowarek DC przy autostradach. To właśnie tam ceny uderzają najmocniej w kieszeń.

Ale jest pewien niuans. Holandia pokazuje, że da się inaczej. Tam wzrost cen był minimalny – z około 17,50 na 19,30 euro. Dlaczego? Kluczem jest stabilna infrastruktura i inna struktura miksu energetycznego, czego wciąż nam w Polsce brakuje.

Jak nie zbankrutować na prądzie?

Jeśli nie masz własnej fotowoltaiki, nie oznacza to, że musisz przepłacać. Oto co sprawdza się najlepiej:

  • Taryfa nocna (G12): Programowanie ładowania między 22:00 a 6:00 rano może obniżyć koszt "paliwa" o połowę.
  • Aplikacje roamingowe: Czasami użycie zagranicznej karty daje lepszą stawkę na polskich ładowarkach niż lokalny operator.
  • Karnety abonamentowe: Przy przebiegach powyżej 1500 km miesięcznie, opłata stała zwraca się już po trzecim ładowaniu.

Czy przy obecnych cenach energii w Polsce elektryk wciąż ma sens, czy może hybryda staje się bezpieczniejszą przystanią? A co Wy myślicie o tak drastycznych podwyżkach na stacjach ładowania?