Zauważyłem, że w świecie motoryzacji coraz trudniej o prawdziwe trzęsienie ziemi, ale to, co właśnie ogłosili Francuzi, zmienia reguły gry. Jeśli myśleliście, że era spalinówek kończy się po cichu, a elektryki to jedyna droga, Renault ma dla Was sporą niespodziankę. Strategia o nazwie futuREady to nie jest zwykła korporacyjna prezentacja – to plan walki o przetrwanie w świecie zdominowanym przez gigantów z Chin.
Ambitny cel: Dwa miliony aut rocznie
W moich rozmowach z ekspertami branżowymi często pojawia się wątek presji, jaką wywierają marki takie jak BYD czy Chery. Renault poczuło ten oddech na plecach i zamiast uciekać, przechodzi do ataku. Firma chce zwiększyć sprzedaż do poziomu ponad dwóch milionów pojazdów rocznie do końca dekady.
Ale tutaj pojawia się haczyk. Żeby to osiągnąć, Francuzi muszą spojrzeć daleko poza granice Paryża czy Warszawy. Plan zakłada, że połowa ich sprzedaży będzie generowana poza Europą. To ogromna zmiana kursu, która wpłynie na to, co zobaczymy w salonach również w Polsce.
- 14 nowych modeli trafi wyłącznie na rynki wschodzące.
- Indie staną się nowym przyczółkiem z 4 dedykowanymi premierami.
- Kompaktowy crossover o roboczej nazwie Bridger ma być hitem w regionach o trudniejszych warunkach drogowych.
Dlaczego hybrydy nie odchodzą do lamusa?
Wielu kierowców nad Wisłą obawia się, że za chwilę zostaniemy zmuszeni do przesiadki na wyłącznie elektryczne auta. Renault wykazuje się jednak zdrowym rozsądkiem. Choć w planach jest aż 16 w pełni elektrycznych premier, napędy hybrydowe pozostają fundamentem oferty.

W praktyce oznacza to, że producent zdaje sobie sprawę z realiów: infrastruktura ładowania nie rozwija się tak szybko, jak byśmy chcieli, a ceny nowych aut elektrycznych wciąż potrafią zwalić z nóg. Rozwiązanie? Drastyczne cięcie kosztów produkcji. Renault chce obniżyć wydatki na wytworzenie jednego egzemplarza nawet o 40 procent poprzez uproszczenie konstrukcji.
Mój tip: Na co zwrócić uwagę przy zakupie?
Jeśli planujesz wymianę auta w najbliższych dwóch latach, obserwuj premiery z segmentu B i C od Renault. Dzięki nowej optymalizacji produkcji, nadchodzące modele mogą oferować znacznie lepszy stosunek jakości do ceny niż obecna konkurencja, która wciąż boryka się z wysokimi kosztami technologii EV.
Gra o najwyższą stawkę
Jest jednak pewien niuans, który budzi niepokój analityków. Renault obecnie nie istnieje na dwóch największych rynkach świata: w USA i Chinach. To tak, jakby chcieć wygrać Ligę Mistrzów, grając tylko na lokalnych boiskach. François Provost, szef strategii marki, twierdzi jednak, że kluczem do sukcesu będzie Azja Południowa i Ameryka Południowa.
Czy to wystarczy, by odeprzeć azjatycką konkurencję, która coraz śmielej zagląda do naszych portfeli? Najbliższe pięć lat będzie dla Renault testem, który zaryzykuje wszystko, co firma budowała przez dekady.
A Wy co o tym sądzicie? Czy 36 nowych modeli to realna obietnica, czy tylko próba uspokojenia inwestorów? Czekam na Wasze opinie w komentarzach!