Wyobraź sobie mroźną niedzielę. Postanawiasz poprawić nastrój rodzinie i ruszasz na spacer nad Bałtyk – pusta plaża, zapach morza i tradycyjny obiad. Spokój pryska jak bańka mydlana w momencie, gdy kelner kładzie na stole rachunek. Dwie porcje tradycyjnych dań, zupa, dwie kawy latte i deser dla dziecka: 210 złotych.

To nie jest opis luksusowej restauracji z gwiazdką Michelin, ale rynkowa rzeczywistość 2026 roku, z którą mierzy się coraz więcej osób. Wiele razy słyszałem od znajomych to samo pytanie: czy my jeszcze płacimy za jedzenie, czy po prostu finansujemy chęć ekspresowego odrobienia strat przez właścicieli lokali? Ceny w sektorze usług zdają się tracić kontakt z rzeczywistością, a środowa kawa na mieście staje się luksusem zarezerwowanym dla wybranych.

Lokalny paradoks: drożej niż w turystycznych stolicach Europy

Najczęstszym argumentem biznesu są rosnące koszty pracy. To prawda, płaca minimalna rośnie. Jednak gdy porównamy nasze ceny z południem Europy, gdzie zarobki w gastronomii są zbliżone lub wyższe, liczby przestają się zgadzać. W lutym 2026 roku zauważyłem uderzającą różnicę: za kawę, której koszt wytworzenia to kilkadziesiąt groszy, w popularnych kurortach płacimy marżę sięgającą 1000%.

Dlaczego tak się dzieje? Mechanizm "inflacji chciwości"

Ekonomiści dostrzegają niepokojący trend. Choć ceny surowców – takich jak ziarna kawy, mięso czy warzywa – na światowych rynkach ustabilizowały się, ceny w menu ani drgną. Co za tym stoi?

  • Zysk "tu i teraz": Zamiast zarabiać na obrocie i dużej liczbie klientów, lokale celują w maksymalny zysk z jednej osoby. Na południu Europy kawiarnia żyje z tego, że klient wpada na kawę 3 razy dziennie. U nas, widząc cenę rzędu 22 zł, klient pojawia się raz w tygodniu – od święta.
  • Brak realnej konkurencji: W kurortach poza sezonem działa tylko kilka miejsc, które dyktują warunki bez żadnej presji cenowej.
  • Inercja konsumenta: Biznes widzi, że mimo narzekania, wciąż wyciągamy portfele. Skoro już wyszliśmy z domu, głupio jest oszczędzać – ten mentalitet pozwala cenom puchnąć dalej.

Dlaczego kawa kosztuje 20 złotych, a obiad 50: czy polskie ceny straciły zdrowy rozsądek - image 1

Klasa średnia wypchnięta z restauracji

Najbardziej bolesnym skutkiem tej sytuacji jest zmiana społeczna. Zwykłe wyjście na miasto staje się "wydarzeniem planowanym". Rodzina o średnich dochodach, która jeszcze kilka lat temu mogła pozwolić sobie na spontaniczną kolację, dziś dwa razy ogląda każdą złotówkę.

"Nie możemy już po prostu wstąpić do kawiarni bez okazji. Każde wyjście musi być uzasadnione, bo zostawienie 250-300 złotych za prosty posiłek to po prostu zbyt duży wydatek" – takie opinie coraz częściej zalewają media społecznościowe.

Jak nie przepłacać? Prosty trik na sprawdzenie restauracji

Zanim usiądziesz przy stoliku, sprawdź jedną rzecz: cenę espresso. To najlepszy wskaźnik uczciwości lokalu. Jeśli espresso kosztuje więcej niż 12-14 złotych w miejscu, które nie jest luksusowym hotelem, możesz być pewien, że marża na pozostałych daniach jest wyśrubowana do granic możliwości.

Czy ceny pójdą po rozum do głowy?

Prognozy na ten moment nie napawają optymizmem. Dopóki lokale będą pełne w piątkowe wieczory, właściciele nie będą mieli motywacji do zmian. Ryzyko jest jednak ogromne – stajemy się krajem, w którym taniej jest polecieć na Teneryfę czy do Mediolanu niż spędzić weekend w rodzimym kurorcie.

Kawa za 20 zł to nie tylko cyfra na rachunku. To sygnał, że balans między ceną a wartością w naszym sektorze usług został niebezpiecznie zachwiany. A jak Państwo uważają: czy ceny w naszych restauracjach osiągnęły już sufit, czy to dopiero początek drożyzny?