Miał być wielki sukces, a na razie mamy gigantyczny drenaż portfeli. Tradycyjni producenci samochodów, których mijasz codziennie na polskich drogach, znaleźli się w pułapce, która kosztowała ich już ponad 50 miliardów dolarów. Jeśli planujesz zakup "elektryka" lub zastanawiasz się, dlaczego ceny aut spalinowych szybują w górę, ta sytuacja dotyczy bezpośrednio Ciebie.

Kosztowna rewolucja, która nie chce zarabiać

W mojej praktyce rynkowej rzadko widuje się taką skalę strat przy jednoczesnym kontynuowaniu inwestycji. To nie jest zwykły kryzys – to całkowita przebudowa świata, jaki znamy. Okazuje się, że samo stworzenie auta na baterie to dopiero wierzchołek góry lodowej wydatków.

Firmy musiały wydać fortunę na rzeczy, których nie widać gołym okiem:

  • Nowe platformy podwoziowe projektowane od zera, bo silnik elektryczny wymaga innej architektury niż benzynowy.
  • Budowa fabryk baterii, co pochłania więcej kapitału niż standardowe linie montażowe.
  • Reorganizacja logistyki i walka o dostęp do rzadkich surowców.

Prawda jest brutalna: zanim pierwszy egzemplarz nowego modelu wyjedzie z salonu w Warszawie czy Berlinie, koncern jest już miliardy "pod kreską".

Dlaczego giganci motoryzacji tracą miliardy na autach elektrycznych - image 1

Wojna cenowa, czyli marże topniejące w słońcu

Zauważyłem, że wielu kierowców liczyło na szybki spadek cen aut elektrycznych. To się dzieje, ale kosztem producentów. Tesla i marki z Chin narzuciły mordercze tempo obniżek. Dla tradycyjnych marek, takich jak Volkswagen czy Ford, oznacza to wybór między dżumą a cholerą: albo obniżą ceny i stracą zysk, albo zostaną z pełnymi parkingami niesprzedanych aut.

Ale jest tu pewien niuans. Mimo że popyt na elektryki rośnie, w Polsce wciąż borykamy się z brakiem infrastruktury. To sprawia, że klienci czekają, a miliardy zamrożone w technologii nie chcą zacząć pracować na zysk.

Dlaczego więc nikt nie wciska hamulca?

Można by pomyśleć: „Skoro tracą tyle pieniędzy, dlaczego po prostu nie wrócą do diesli?”. To niemożliwe z kilku powodów:

  • Surowe normy emisji spalin w Unii Europejskiej nakładają kary za każdy gram CO2 powyżej limitu.
  • Polityka klimatyczna, która wyznaczyła już datę końcową dla silników spalinowych.
  • Strach przed przyszłością – kto dzisiaj nie zainwestuje w baterie, za 10 lat może po prostu zniknąć z rynku tak jak Nokia w świecie smartfonów.

Praktyczny wniosek dla kierowcy

Jeśli stoisz przed wyborem auta, pamiętaj o jednym: ogromne straty producentów oznaczają, że serwisowanie i części do starszych modeli spalinowych mogą drożeć, bo koncerny muszą skądś brać pieniądze na łatanie dziur budżetowych po elektrykach. Z kolei na rynku wtórnym auta elektryczne tracą na wartości szybciej niż smartfony – warto to uwzględnić przy planowaniu finansów.

To historyczny moment. Jesteśmy świadkami najdroższej zmiany technologicznej w dziejach ludzkości. Ale czy my, jako kierowcy, ostatecznie na tym zyskamy, czy to my zapłacimy ten rachunek w cenach nowych aut? Dajcie znać w komentarzach, czy rozważacie zakup elektryka mimo tych wszystkich turbulencji rynkowych.