Wchodząc do polskiego supermarketu, często kierujemy się prosto do działu rybnego, wierząc, że wybieramy najzdrowszą opcję na obiad. Sam przez lata kupowałem filety, które wydawały się idealne – tanie, chude i bez ości. Niestety, rzeczywistość na talerzu bywa daleka od ideału, a niektóre gatunki mogą przynieść więcej szkody niż pożytku.

W swojej praktyce konsumenckiej zauważyłem, że niska cena ryby prawie zawsze idzie w parze z ukrytym kosztem dla naszego zdrowia. Nie chodzi tylko o rtęć, ale o koktajl substancji, których nie chcielibyście podać swojej rodzinie. Oto dlaczego warto zrewidować swoją listę zakupów.

Dlaczego tuńczyk w puszce to loteria?

Tuńczyk to drapieżnik, co w świecie oceanów oznacza jedno: jest ostatnim ogniwem łańcucha pokarmowego, które kumuluje metale ciężkie. Rtęć nie znika podczas obróbki termicznej, a jej nadmiar jest szczególnie groźny dla układu nerwowego dzieci i kobiet w ciąży.

  • Wybieraj odmianę Skipjack (tuńczyk pasiasty) – ma znacznie mniej rtęci.
  • Unikaj Yellowfin (tuńczyk żółtopłetwy) jako bazy codziennej diety.
  • Zawsze sprawdzaj na opakowaniu metodę połowu; te z certyfikatem MSC są zazwyczaj lepiej kontrolowane.

Tilapia: ryba, która "wybacza" wszystko

Wiele osób wybiera tilapię ze względu na delikatny smak, ale jest to jedna z najmniej wartościowych ryb pod względem odżywczym. Choć ma mało kalorii, miks kwasów Omega-3 i Omega-6 jest w niej bardzo niekorzystny, co może sprzyjać stanom zapalnym w organizmie.

Dlaczego doświadczeni kucharze omijają te 5 gatunków ryb w sklepie - image 1

Ale prawdziwy problem leży w pochodzeniu. Tilapia z ogromnych farm w Chinach często hodowana jest w warunkach, które pozostawiają wiele do życzenia pod względem sanitarnym. Jeśli już nie możesz się jej oprzeć, szukaj tej z Tajwanu lub Indonezji – tam standardy są znacznie wyższe niż w przypadku masowego importu z Chin.

Pułapka taniego łososia i białych ryb z Azji

Często w naszych zamrażarkach ląduje łosoś keta lub gorbusza. Choć to dzikie ryby, są to gatunki budżetowe. Ich mięso jest suche i zawiera ułamek tych drogocennych tłuszczów, dla których właściwie kupujemy łososia. To jednak mniejszy problem niż ryby białe pochodzące z Wietnamu.

W azjatyckich hodowlach, gdzie zagęszczenie ryb jest ogromne, standardem bywa stosowanie antybiotyków i środków chemicznych, by zapobiegać chorobom. W mojej kuchni zasada jest prosta: jeśli nie widzę certyfikatu pochodzenia na opakowaniu mrożonki, ryba zostaje w sklepie.

Co kupować zamiast nich?

Zamiast dorsza atlantyckiego, którego zasoby są drastycznie przełowione, lepiej sięgnąć po dorsza pacyficznego. Jest bardziej zrównoważony i często czystszy. Świetną, lokalną alternatywą w Polsce są też mniejsze ryby, jak śledzie czy szproty – mają mnóstwo Omega-3 i krótki cykl życia, więc nie zdążą skumulować toksyn.

Kupowanie ryb stało się dziś procesem wymagającym czujności niemal detektywistycznej. Czy zdarzyło Wam się kiedyś sprawdzić na etykiecie konkretny numer obszaru połowu (tzw. obszar FAO) przed włożeniem ryby do koszyka?