Styczeń przyniósł na europejskiej scenie politycznej trzęsienie ziemi, którego nikt w Brukseli nie chciał usłyszeć. To, co niedawno wydawało się jedynie cichym narzekaniem, przerodziło się w otwarty bunt, który może wywrócić do góry nogami cały plan klimatyczny Unii Europejskiej. Andrej Babiš, po triumfalnym powrocie na fotel premiera Czech, rzucił rękawicę Komisji Europejskiej, stając w obronie tego, co dla wielu Polaków i naszych sąsiadów jest podstawą wolności – tradycyjnego silnika spalinowego.
Wiadomość płynąca z Pragi jest krótka i brutalna: Czechy będą dążyć do całkowitego i bezwarunkowego zniesienia zakazu sprzedaży nowych aut spalinowych po 2035 roku. W branży zawrzało, bo gra toczy się o miliardy euro i setki tysięcy miejsc pracy, także w naszym regionie.
Dlaczego kosmetyczne zmiany w przepisach to za mało?
Komisja Europejska, widząc drastycznie spadającą sprzedaż aut elektrycznych, próbowała ostatnio „marchewki”. Zaproponowano, by po 2035 roku emisje spadły o 90%, zostawiając furtkę dla aut na e-paliwa czy biopaliwa. Ale dla czeskiego rządu to tylko puste słowa.
„Nie interesują nas półśrodki” – grzmiał Babiš po posiedzeniu rządu. Według niego zakazywanie technologii, w którą przez dekady inwestowano fortunę, by stała się czysta i wydajna, jest po prostu nielogiczne. W mojej praktyce obserwatora rynkowego rzadko widzi się taką determinację – tu nie chodzi o politykę, ale o przetrwanie.
- Koniec z dyktatem: Czechy żądają pełnej wolności wyboru napędu.
- Wyrzucanie pieniędzy w błoto: Likwidacja dopracowanych silników to marnotrawstwo inżynieryjnego dorobku Europy.
- Realizm zamiast ideologii: Infrastruktura do ładowania w naszej części Europy wciąż kuleje, a prąd nie tanieje.
Skoda i tysiące firm na krawędzi
Dla Czechów motoryzacja to nie tylko hobby – to prawie jedna trzecia ich PKB. Z potężną Skodą na czele, cała gospodarka opiera się na gigantycznej sieci dostawców. To tysiące małych firm, które produkują tłoki, uszczelki czy wtryski. Nagłe przejście na „elektryki” oznaczałoby dla nich wyrok śmierci.

Zauważyłem, że podobny niepokój panuje w Polsce. U nas też tysiące rodzin żyje z produkcji komponentów do silników spalinowych. Walka o diesla i benzynę to w rzeczywistości walka o to, by całe regiony nie wpadły w bezrobocie.
Chińska fala zalewa Europę
Babiš bez ogródek punktuje największy problem: „Widzimy, jak chińskie elektryki nas miażdżą”. Statystyki są nieubłagane. Co dziesiąte nowe auto w UE to już „chińczyk”. Marki takie jak BYD czy MG oferują ceny, o których nasi producenci mogą tylko pomarzyć.
Forsowanie elektromobilności za wszelką cenę, gdy Europa nie ma tanich baterii, to według czeskich władz gospodarcze samobójstwo na rzecz azjatyckich gigantów. Brzmi znajomo? Wystarczy przejść się do salonu samochodowego w dowolnym polskim mieście, by zobaczyć, jak zmienia się oferta.
Nadchodzi decydujące starcie w Brukseli
Czechy nie zamierzają walczyć samotnie. Babiš już buduje koalicję z Polską, Włochami i Słowacją. Ta „oś oporu” może stać się barierą nie do przebicia dla brukselskich urzędników. Kulminacja nastąpi już w marcu 2026 roku podczas szczytu UE. To będzie jeden z najgorętszych dni w historii Wspólnoty.
Moja rada: Zanim podejmiecie decyzję o wymianie auta w najbliższych latach, obserwujcie doniesienia z Pragi. Może się okazać, że wasz ulubiony silnik spalinowy dostanie drugie życie.
Czy uważacie, że Unia powinna odpuścić i pozwolić nam jeździć benzyniakami tak długo, jak chcemy? A może czas pogodzić się z nieuchronną zmianą? Dajcie znać w komentarzach!