Wyobraź sobie scenę jak z gangsterskiego filmu: wojskowy samolot uderza w ziemię, a z kadłuba wysypują się miliony gotówki. Zamiast uciekać przed dymem, przechodnie rzucają się w ogień, by wyrywać banknoty z wraku. Widziałem już wiele w swojej karierze dziennikarskiej, ale ta historia z Boliwii pokazuje, jak cienka jest granica między tragedią a ludzką chciwością.

Dramatyczne lądowanie na ruchliwej ulicy

Wszystko zaczęło się na lotnisku El Alto. Wojskowy C-130 Hercules, potężna maszyna transportowa, nie zdołał wyhamować na pasie. Przebił ogrodzenie i wbił się prosto w miejską zabudowę, miażdżąc samochody i ciężarówki stojące na drodze. Zginęło co najmniej 20 osób, a sceneria przypominała krajobraz po bitwie.

Ale to, co wydarzyło się chwilę później, całkowicie przyćmiło akcję ratunkową. Samolot nie transportował zapasów ani żołnierzy. Na pokładzie znajdował się ładunek z Banku Centralnego – tony świeżo wydrukowanych pieniędzy.

Deszcz banknotów i chaos, którego nie dało się opanować

Gdy kadłub pękł, wiatr rozniósł pieniądze po całej okolicy. Tłum gapiów zareagował instynktownie. W takich chwilach nikt nie myśli o procedurach bezpieczeństwa czy ryzyku wybuchu paliwa. Ludzie zaczęli zbierać pieniądze bezpośrednio z asfaltu.

Dlaczego boliwijskie wojsko paliło miliony banknotów na środku ulicy po katastrofie samolotu - image 1

  • Policja musiała użyć gazu łzawiącego, aby odsunąć cywilów od płonącego wraku.
  • Służby ratunkowe miały problem z dojazdem, bo setki osób blokowały trasę w nadziei na szybkie wzbogacenie się.
  • Miejscowe władze stanęły przed dylematem: jak zabezpieczyć ładunek, gdy życie rannych jest zagrożone?

Pułapka, o której nikt z zbierających nie wiedział

Tutaj pojawia się najciekawszy szczegół całej tej historii. W mojej praktyce rzadko spotykam się z taką ironią losu. Ministerstwo Obrony Boliwii szybko wydało komunikat: te pieniądze są całkowicie bezwartościowe.

Okazało się, że banknoty nie miały jeszcze nadanych numerów seryjnych. To były tylko kawałki zadrukowanego papieru, których nie przyjąłby żaden sklep ani bank, nawet w Polsce przy najbardziej liberalnym podejściu do kantoru. Każdy, kto ryzykował życie dla tych paczek, wrócił do domu z naręczem makulatury.

Ostateczne rozwiązanie: Ogień zamiast skarbca

By zapobiec dalszym kradzieżom i próbom wprowadzenia "fałszywek" do obiegu, wojsko podjęło radykalną decyzję. Zamiast zbierać rozsypane pieniądze do worków, postanowiono spalić je na miejscu katastrofy. Widok żołnierzy pilnujących ogniska wartego miliony boliviano był surrealistyczny.

To wydarzenie wymusiło teraz na rządach krajów Ameryki Południowej rewizję tego, jak transportuje się gotówkę. Czy warto ryzykować przewóz fizycznego pieniądza w tak dużych ilościach nad terenami gęsto zaludnionymi?

A jak Wy byście się zachowali w takiej sytuacji? Czy adrenalina i widok gotówki na ulicy wyłączyłyby instynkt samozachowawczy, czy jednak widok ognia byłby zbyt odstraszający?