Planowaliście już urlop i zauważyliście, że ceny lotów dziwnie skoczyły w górę? Nie jesteście sami. Silny wiatr zmian na Bliskim Wschodzie właśnie dotarł do naszych portfeli, a linie lotnicze przestały ukrywać, że tanie latanie staje się luksusem.
Zauważyłem, że jeszcze kilka tygodni temu trasy z Polski na południe Europy można było „upolować” za ułamek dzisiejszej ceny. Dziś sytuacja wygląda zupełnie inaczej, a przewoźnicy tacy jak SAS czy Qantas otwarcie przyznają, że musieli zmienić cenniki niemal z dnia na dzień. Co gorsza, to dopiero początek drożyzny, która wpłynie na to, ile zapłacimy za tegoroczne lato.
Paliwo droższe niż kiedykolwiek
Głównym winowajcą jest nagły skok cen paliwa lotniczego. Napięcia geopolityczne sprawiły, że baryłka, która kosztowała około 90 dolarów, w niektórych regionach świata osiągnęła zawrotne 150–200 dolarów. Dla linii lotniczej to jak cios prosto w serce budżetu.
Paliwo to drugi największy koszt w lotnictwie, zaraz po pensjach pracowników. Stanowi ono od 20 do nawet 25 procent wszystkich wydatków firmy. Gdy jego cena rośnie dwukrotnie, linia lotnicza ma tylko dwa wyjścia: ogłosić upadłość lub przerzucić koszty na pasażera.
Kto już podniósł ceny?
- Air New Zealand: loty długodystansowe podrożały o blisko 90 dolarów.
- SAS i Qantas: wprowadzają korekty cen ze względu na brak gwarancji stałych kosztów paliwa.
- Lufthansa i Ryanair: na razie radzą sobie nieco lepiej dzięki kontraktom terminowym, ale ich „tarcza” nie będzie trwać wiecznie.

Dlaczego loty trwają teraz dłużej?
To, za co płacimy, to nie tylko droższa nafta. Problem leży też w tym, kędy latają samoloty. Konflikty w kluczowych regionach świata oznaczają, że wiele tras stało się „strefami zakazanymi”. Piloci muszą wybierać dłuższe, okrężne drogi, omijając niebezpieczną przestrzeń powietrzną.
W mojej praktyce obserwatora rynku turystycznego rzadko widziałem taką kumulację: dłuższa trasa to więcej spalonego paliwa, a droższe paliwo to podwójne obciążenie dla jednego biletu. Przykładowo, loty z Europy do Azji bez możliwości przelotu nad Rosją już teraz są testem cierpliwości i zasobności portfela Polaków.
Jak nie przepłacać w nowej rzeczywistości?
Mam dla Was jeden, nieoczywisty lifehack, który przetestowałem w ostatnich tygodniach. Skoro ceny bazowe rosną, linie lotnicze agresywniej walczą o wypełnienie lotów w środku tygodnia. Zamiast szukać lotu „sobota-sobota”, sprawdźcie połączenia we wtorki i środy. Różnica w cenie potrafi pokryć koszt dwóch noclegów w hotelu.
Warto też obserwować przewoźników takich jak Ryanair, którzy zabezpieczyli ceny paliwa na kilka miesięcy do przodu. Oni będą podnosić ceny jako ostatni, co daje Wam krótkie okienko na rezerwację budżetowych wyjazdów.
Ale musimy być szczerzy: era biletów za „dyszkę” powoli odchodzi do lamusa. Czy planujecie w tym roku zagraniczny urlop mimo rosnących cen, czy raczej postawicie na wypoczynek w kraju, by uniknąć lotniskowych paragrafów grozy?