To nie są już tylko przedwyborcze zapowiedzi, ale konkretne liczby, które właśnie ujrzały światło dzienne. Nowa administracja w Waszyngtonie ruszyła z masową operacją, która uderza rykoszetem w imigrantów z naszego regionu Europy. Jeśli masz rodzinę lub znajomych za oceanem, te dane mogą nimi wstrząsnąć.
Kto znalazł się na celowniku służb imigracyjnych?
Z najnowszego raportu Amerykańskiego Urzędu ds. Imigracji i Służb Celnych (ERO) wynika, że do natychmiastowej deportacji wyznaczono blisko 1,5 miliona osób. Choć nagłówki gazet skupiają się głównie na przybyszach z Meksyku czy Hondurasu, na liście widnieją setki nazwisk z krajów bałtyckich i sąsiedniej Polski.
Według stanu na koniec listopada 2024 roku, sytuacja wygląda następująco:
- Litwa: 259 obywateli do wydalenia.
- Łotwa: 125 osób na liście.
- Estonia: 94 osoby objęte nakazem.
Co ciekawe, amerykańscy urzędnicy wykazali się pewną dozą absurdu. Na liście znaleźli się obywatele państw, które od dawna nie istnieją: Jugosławii, Czechosłowacji, a nawet Związku Radzieckiego. Gdzie Waszyngton zamierza ich odesłać? Tego na razie nie wiedzą nawet sami agenci.
Decyzje te są ostateczne i nie podlegają zaskarżeniu. Oznacza to, że osoby te mogą zostać zatrzymane w każdej chwili — w drodze do pracy, przed kościołem czy podczas zakupów.

Koniec "bezpiecznych przystani": Nowa taktyka Tomą Homana
W mojej praktyce dziennikarskiej rzadko widywałem tak radykalną zmianę priorytetów w tak krótkim czasie. Donald Trump wyznaczył do walki z nielegalną migracją Tomą Homana, który nie uznaje kompromisów. Właśnie ogłoszono, że zniesiono ochronę dla tzw. "miejsc wrażliwych".
Do tej pory szkoły, kościoły czy placówki medyczne były traktowane jako strefy wolne od nalotów służb. Teraz to się zmienia. Homan wysyła jasny sygnał: "Nie ma bezpiecznych miejsc dla tych, którzy łamią prawo". Operacja zaczęła się z hukiem w Chicago, tradycyjnym bastionie demokratów, gdzie w jeden weekend przeprowadzono setki aresztowań.
Co to oznacza w praktyce?
- Wspólne naloty sześciu agencji: Do akcji wkroczyło m.in. FBI, DEA (walka z narkotykami) oraz ATF (biuro ds. broni i alkoholu).
- Blokada miast: Mieszkańcy polonijnych dzielnic w Chicago już teraz unikają wychodzenia z domów w obawie przed łapankami.
- Zapotrzebowanie na więzienia: Administracja zwróciła się do Kongresu o sfinansowanie 100 tysięcy nowych miejsc w ośrodkach detencyjnych.
Czy to tylko walka z przestępczością?
Sytuacja jest napięta jak struna. Z jednej strony mamy gubernatorów, którzy zapowiadają ochronę uczciwych mieszkańców, z drugiej — twardą linię Waszyngtonu. Wiceprezydent J.D. Vance posunął się nawet do ataku na biskupów katolickich, sugerując, że ich opór przed deportacjami wynika z chęci utrzymania wysokich dotacji federalnych na pomoc imigrantom.
Warto zauważyć pewien niuans: o ile za kadencji Joe Bidena również dochodziło do deportacji (średnio 310 osób dziennie), o tyle obecna skala i agresywny styl działań nie mają precedensu w najnowszej historii USA. To już nie jest "ciche sprzątanie", to pokaz siły.
Pracuję nad tym tematem od kilku dni i jedno jest pewne: amerykański sen dla wielu naszych rodaków właśnie zamienia się w logistyczny koszmar. Jeśli planowaliście odwiedziny u rodziny w Chicago czy New Jersey, warto sprawdzić, czy ich status prawny nie wygasł w ostatnich miesiącach.
A Państwa zdaniem? Czy tak radykalne kroki wobec osób, które od lat mieszkają i pracują w USA, są sprawiedliwe, czy to już przesada? Zapraszam do dyskusji w komentarzach.